OBEJRZANE #1

11/25/2015

Obejrzałam w ostatnim czasie sporo filmów i seriali i tak sobie pomyślałam, że wzorem innych blogerów może warto byłoby zrobić zbiorczą recenzję? Choć recenzja to w tym przypadku zdecydowanie za mocne słowo… W końcu od książek do filmów niedaleko, a o niektórych warto wspomnieć choćby dla tego, że są warte obejrzenia, albo tak jak w przypadku jednego z poniższych tytułów – wręcz przeciwnie. Dziś więc skupię się na króciutkim opisaniu wrażeń po obejrzeniu czterech filmów. A o serialach będzie innym razem.

SAN ANDREAS (2015):


Lubię filmy katastroficzne mimo tego, że zazwyczaj pełno w nich dziwnych efektów specjalnych, które mocno mijają się rzeczywistością. Nie inaczej było w przypadku San Andreas – filmu opowiadającego o największym w historii trzęsieniu ziemi, które pustoszy znaczną część Zachodniego Wybrzeża. Produkcja w sumie niezła, szczególnie wizualnie, ale czasami brak w niej logiki, co na pewno będzie przeszkadzać bardziej wymagającemu widzowi. W mojej opinii San Andreas ogląda się po prostu dobrze, głównie za sprawą efektownych scen rozpadających się budynków. Fabularnie raczej miernie, a aktorsko cóż… Dwayne Johnson jednak skrywa trochę talentu pod tą muskulaturą, ale tak kolorowo nie było w przypadku Carli Gugino , której botoks przy tej profesji zdecydowanie nie służy.

Ocena: 6/10

EVEREST (2015):



Zgoła odmienne odczucia mam po obejrzeniu Everestu. Tym filmem jestem niemalże zachwycona, z wyjątkiem dłużyzn, które się momentami pojawiały. Jest to historia inspirowana prawdziwą ekspedycją na Mount Everest z  1996 roku. Tutaj, w przeciwieństwie do San Andreas, bohaterowie nie są przedstawieni jak herosi, którzy mają zbawić świat. To zwykli ludzie z krwi i kości, kierowani w tej wyprawie niekoniecznie szlachetnymi pobudkami. Everest także ukazuje niszczycielską siłę natury, nie jest jednak tak naszpikowany akcją jak inne tego typu produkcje. Wydarzenia do pewnego momentu rozgrywają się powoli, a warunki pogodowe zdają się sprzyjać himalaistom. Do czasu… W drugiej połowie film nabiera prędkości i to właśnie ta część wgniata w fotel z przerażenia. Zdecydowanie warto zobaczyć!

Ocena: 8/10

JAMES BOND: SPECTRE (2015):


Nie jestem wielką fanką Bonda, a w swoim życiu obejrzałam może cztery filmy z tej serii, z czego dwa były jeszcze z Sean'em Connery w tytułowej roli. Na Spectre do kina chciałam się wybrać po zobaczeniu trailera. I podobało mi się! Być może dlatego, że po prostu nie łączę tej części z poprzednimi, ale raczej traktuję jako osobny film. Nie wiem jak Spectre wypada jako element układanki, ale sam w sobie jest dobrym filmem akcji. Ale jestem kobietą – panowie powinni mieć to na uwadze, bo takich filmów na co dzień raczej nie oglądam. Przyczepić się za to mogę do damskich bohaterek – zarówno Monica Bellucci (występująca na ekranie może z pięć minut) jak i Léa Seydoux w roli nowej ukochanej Bonda były sztywne, a między tą drugą a 007 napięcie seksualne było właściwie niewyczuwalne. Były jednak fajne efekty, fajne samochody i niezłe dialogi – mnie to zadowala ;)

Ocena: 7/10

WE ARE YOUR FRIENDS (2015):



Czas na zwycięzcę w kategorii największego gniota obejrzanego w tym roku. A nie, przepraszam, był jeden taki, co z powodzeniem We are your friends przebija... Może ja po prostu nie czuję tej muzyki i klimatu wielkich klubowych imprez, ale dla mnie film opowiadający o ciągłym imprezowaniu, ćpaniu i seksie nie ma żadnej głębi. Okej, główny bohater chciał być znanym na całym świecie DJ'em, ale w końcu każdy ma swoje marzenia. W dodatku Emily Ratajkowski działa na mnie jak czerwona płachta na byka... Film niebezpiecznie przypomina mi Wilka z Wall Street, który - tak - też był dla mnie strasznym gniotem.

Ocena: 3/10

You Might Also Like

0 komentarze

"Słowa są ponadczasowe. Powinieneś je wypowiadać lub pisać ze świadomością o ich wieczności."
/Khalil Gibran