SZCZEPAN TWARDOCH: WIELORYBY I ĆMY

11/27/2015


O twórczości Szczepana Twardocha słyszałam już wiele i to bardzo pochlebnych słów. Sam autor jest przecież zdobywcą kilku nagród, więc coś musi być na rzeczy. Po przeczytaniu jego Dzienników mam mieszane odczucia, bo chyba nie do końca tego się spodziewałam. Ale jedno z całą pewnością mogę przyznać – Twardoch trafnie dobiera słowa, a jego styl urzekł mnie od pierwszych stron.

Wieloryby i ćmy to piękny i odrobinę enigmatyczny tytuł, który w zasadzie nijak ma się do samej treści książki. Gdzieś tam, mimochodem, rzucone jest coś o ćmach i coś o wielorybach, ale czy to powód by tak tytułować swoje dzienniki? Prawdopodobnie autor nie zrobił tego ot, tak i wierzę, że ma to jakiś głębszy sens, którego ja po prostu nie jestem w stanie dostrzec. Jak pewnie wielu rzeczy w najnowszej książce Twardocha, która przesycona jest mądrościami ubranymi w nadzwyczaj poetycką formę. 

Na pewno znajdzie się tu wiele interesujących refleksji, całość jednak sprawia wrażenie odrobinę nadętego zbioru niepowiązanych ze sobą myśli. Trudno właściwie odnaleźć sens w tym chaosie, ale muszę przyznać, że jakaś część tego intelektualnego wywodu do mnie trafiła. Ja chyba też mam duszę, która starzeje się szybciej niż ciało, bo z wieloma spostrzeżeniami Szczepana Twardocha trudno mi się nie zgodzić, kilka nawet szczerze mnie zachwyciło. Jest coś w jego sposobie pisania, co wywiera na mnie ogromne wrażenie, nawet jeśli nie do końca rozumiem co autor miał na myśli. Trudno zresztą zaprzeczyć, że słowem Twardoch operować potrafi. Niejednokrotnie zaskakuje trafnością spostrzeżeń i umiejętnością sprawnego przelania myśli na papier. Tylko, że w tym wszystkim często, żeby nie powiedzieć za często, uderza w mocno filozoficzny ton, który nie pasuje do twarzy widniejącej na okładce. Rodzi się z tego dysonans i to mi zgrzyta w uszach, takie przestylizowanie i nadmierny intelektualizm. Choć nie zawsze, bo są w jego dziennikach fragmenty, którym taka stylistyka dobrze robi. 

Zastanawia mnie jedno – na ile Wieloryby i ćmy są autentycznymi zapiskami prowadzonymi w latach 2007-2015, a ile Twardoch przeredagował, zmienił, żeby brzmiały lepiej, mądrzej, donioślej. Mogę sobie na ten temat co najwyżej pogdybać, więc rzucę tę niewiadomą w eter – a nuż któryś z czytelników zadaje sobie to samo pytanie. Osobiście jednak mam pewne wątpliwości czy prowadząc dziennik tak rozważnie dobiera się słowa, tak mało wkłada się siebie. Bo prywatności autora to raczej tutaj nie ma – może kilka krótkich zdań o ojcostwie (skądinąd bardzo wzruszających), wspomnień z podróży – bardzo ogólnych, bez żadnych konkretów. Żadnego obnażania duszy.

Dzienniki Twardocha odmalowują przed czytelnikiem portret doskonałego obserwatora, który za pomocą słów potrafi nadać barw szarej codzienności. Nieważne czy opisuje akurat daleką podróż czy zwykły wieczór przy piwie - ta literackość zawsze jest obecna. I chociaż znaleźć można momenty nużące, zupełnie zbędne i niewiele wnoszące do treści, to dla całej reszty lotnych myśli warto tę książkę przeczytać.

Szczepan Twardoch, "Wieloryby i ćmy". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 271

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

You Might Also Like

0 komentarze

"Słowa są ponadczasowe. Powinieneś je wypowiadać lub pisać ze świadomością o ich wieczności."
/Khalil Gibran